Nie, to nie ja. W tym domu to moja Mamusia szanowna wierzy w przesądy - ja nadałam taki tytuł bo jest chwytliwy. Nawet taki horror był. Znaczy był na pewno ale ja nie szaleję za horrorami przesadnie, więc nie piszę tego podszytego jakimś znawstwem czy coś. Zresztą i tak z całej notki najmniej dbam o tytuł. Albo całkiem odwrotnie - trafia mnie jakiś i przez pół notki się nim jaram i drugie pół dopiero ma sens. To nie ten przypadek jednak.
/Ła, puściłam The Juan Maclean naiwnie myśląc, że płyta o tytule Less Than Human jest spokojna a tu jakieś electro joł. Nie mówię, że złe ale widać mam kiepskiego nosa do nazw./
Chciałam powiedzieć, że się przerastam. Znowu. Mam dużo planów związanych ze sobą i ich nie zrealizuję bo to dla mnie za dużo. Naopowiadałam wszystkim wokoło, jak to nie lubię pocieszania i naprawdę go nie lubię ale nie znaczy to, że pocieszanie dałoby zły skutek.
Bo są we mnie dwie osoby i jedna jest święcie przekonana, że nie dam rady, że to za dużo i po prostu nie mam predyspozycji. Druga natomiast mnie zapewnia, że to nieprawda, że wynika to z mojej niewiary w możliwości i że ja to wszystko mogę bo tak naprawdę to tego nie ma tak wiele i wystarczyłoby tylko się przyłożyć i że ogólnie to sama sobie winna jestem. Bo mogę a nie sięgam.
No i potem jest ta pierwsza na froncie i pokazuje, niczym Pogodynka całą trasę niesprzyjających wiatrów zeszłorocznych i że nie szykuje się by miało być w tym lepiej, bo z grubsza niewiele się różnimy - ja wtedy i ja teraz.
Oczywiście, gdyby miało iść o życie samodzielne, tj. mieszkanie oddzielne i prowadzenie się za rączkę Odpowiedzialności nabytej to jasne i spoko. Jestem o wiele bardziej świadoma, poradziłam sobie i tak dalej ale my nie mówimy o życiu takim przez wielkie żet tylko o studiach. Dałabym radę ogarnąć to co się z nimi wiąże ale jeszcze się trzeba na nie dostać.
Boże, u normalnych ludzi jest na odwrót. Nie, nie jestem pospolita tylko, że wolałabym być. Bo to nie ta pozytywna Wyjątkowość.
Nie zdaje egzaminu to własny ster i okręt, oj nie. Bo której mam posłuchać? Tej, że nie dam rady; pójść do pracy i uznać, że przebrnę przez życie bez wyższego wykształcenia bo to nie dla mnie i nie zasłużyłam czy tej drugiej - i znowu źle zmierzyć siły na zamiary i całkiem realnie brać pod uwagę możliwość porażki, która nie zwykła po mnie spływać, a raczej wręcz przeciwnie - zostawiać wyraźny ślad na lata?
No bo obu słuchać to się nie da. Ewentualnie je wymierzyć tylko nie powiem sobie sama gdzie powinna kończyć się jedna a zaczynać druga.
I właściwie to co ja chcę w tym życiu robić? Kierunki mam w tym roku ograniczone, bo już wybrałam przedmioty i nie ma przebacz, cudów nie wymyślę.
Ale tam robiłam tyle... nieco zboczyłam z kursu, który już dawno obrałam i może ja na przykład chcę być dziennikarką? Albo studiować stosunki międzynarodowe? Może chciałabym wybrać coś co mnie na świat otworzy a nie przed nim zamknie ze stertą papierów do przetłumaczenia?
Albo architektem? Tak, wiem, na architekturę nie mam szans bo nie mam wykształcenia w tym kierunku ale może to jest to co bym chciała robić i powinnam wcześniej się tym zająć?
Oczywiście, oczywiście - za późno. Ja nie mam pretensji. Ja wiem. Ja po prostu musiałam to z siebie wypisać.
W poniedziałek przywiozą moją książkę do księgarni i będzie trzeba pójść drogą jaką się obrało. Pójdę, bo czego mi odmówić nie można to konsekwentności (czasem dziwnie zaskakującej innych). Tylko, że ja naprawdę chyba mogę coś więcej. Przynajmniej chciałabym móc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz